To była ciężka wycieczka. Mróz chwycił bez żartów - ale prawdziwym wrogiem był śnieg , który wcale nie był śliski - mimo że na to liczyłem. Zamiast tego, zamienił się w zmrożoną puchatą masę, która trzymała koła niczym błoto. Wypompowało mnie to nie na żarty. Optymalny strój - polar+windstoper+bawełniana bluza okazał się ok - ale szybko pokryłem się śniegiem i oparami przedostającymi się przez ubranie.
Ogólnie - był challenge - wróciłem mocno zajechany - rzecz jasna ze zmarzniętymi paluchami - chociaż, było lepiej niż wczoraj mimo 2x większego mrozu i minimalnie dłuższej wycieczki. Gimnastyka paluchów trochę pomogła. Choć trochę to nadal za mało...
Zimno, śnieg i watr. To nie jest idealne połączenie - ale założyłem przejazd pętlą po mieście - z przejazdem po lesie. I udało się - acz nogi zmarzły mi na kość. Paluchy rozgrzewałem jeszcze długo. Ogólnie ostatnie 20 minut pokonałem z mozołem i nie było to najprzyjemniejsze.
Po powrocie, nim odtajałem - zdążyłem zakimać w wannie :)
Ledwie wyszedłem z domu, zaczął pruszyć śnieg. Prz 2C to żadna radość, więc postanowiłem szybko przejechać swoje i wracać. I może by się nawet udało, gdyby opad nie zaczął się po 20 minutach zagęszczać. Podkręciłem tempo żeby nie marznąć, ale zacząłem odczuwać przemakanie ubrania. Po godzinie z kawałkiem wróciłem. Bez przeziębienia - ale z niedosytem...
Z trudem się zebrałem - i w końcu pokulałem się po lesie. Błoto jak diabli - nie to co asfalt - suchy i stabilny. Oponki 2.1 to już trochę mało na tę porę roku. Każdy zakręt w terenie to była przygoda. Końcówka już resztką sił. Grubo po północy - byłem już lekko wyjechany. Ale trip był przyjemny. Jak to w nocy.
Miało być spokojnie - na 150 - i było - do czasu aż się rozgrzałem. Później jakoś tempo poleciało do góry z automatu. Ale było bez dąsów - noga dawała radę. Trochę chłodny wieczór - ale trip przyjemny.
Miało być delikatnie i było. Po wiruchu i tygodniowej rekonwalescencji - mogło być gorzej Nie było źle - ale nadal czuje się osłabiony. Średnia 22 nie zahwyca - ale cieszę sie, że znów jestem "w siodle". Brakowało mi tego diabelnie.
Będę potrzebował z 4 wyjazdów, żeby dojść do siebie i na nowo się zaaklimatyzować oraz przywyknąć na nowo do pedzi platformowych... Rower - niezmiennie niezawodny :)
Był remote - więc nie było czasu na długie wycieczki - zresztą było zimno i wietrznie. Do robo i z powrotem - dostarczyć klamoty do firmy - a potem po lesie do domu - lekko naokoło - ale bez większych tripów. Tempo - w normie.
Dzień przed zawodami naszło mnie na lekki rozruch mięśni. No niby się nie jeździ tuż przed startem - ale jakoś nie mogłem się powstrzymać.
Śmignąłem jak zefir po standardowych ścieżkach, wraz z zapleczem Malty. Było świetnie - zeszła mgła i mimo chłodu jechało się świetnie. Deptałem delikatnie żeby tylko za mocno nie napinać nóg - ale mimo to tempo i tak skoczyło prawie do typowego.
Wewnętrzny poganiacz jest silniejszy od rozsądku.
Lekko rozstrojona tylna przerzutka, może jutro sprawić trochę kłopotów. Trzeba będzie uważnie motać łańcuchem na podjazdach...
Na ostatnią chwilę - nieco od niechcenia - wyszedłem przepalić zeżarte węglowodany. Jesienna aura zaatakowała chłodem i wilgocią - ale i ezoterycznymi zapachami zgnilizny i obumierającego lata. Chyba dlatego najbardziej lubię jazdę w nocy. W dzień, ludzie i samochody przeszkadzają w kontemplowaniu przestrzeni jaka nas otacza.
Jeździło się nieźle. Noga podawała i trasa była dość szybka. Zlekka późno skończyłem... W robocie znów będzie mordęga... :D
Z rana noga nie podawała - czułem zmęczenie wczorajszymi wyczynami na szosie. Popołudniu było jakby lepiej - mimo, ze w nogach czułem jeszcze lekką watę - tempo było ok. Tyle , że jak zwykle Sigma psuła mi nastrój.
Trasa - typowa - bez żadnych rewelacji - tyle , że znów krócej z powodu kolejnej ważnej sprawy... Kiedy to się skończy? :/
Katuję siebie oraz KTM Hardbone`a po górkach i wszelkich hopkach - z nastawieniem na XC - chociaż zawsze lubiłem dobrze poskakać i pośmigać wąskimi, krętymi i szybkimi ścieżkami.
Paradoksalnie - dopiero teraz, 31 wiosen na ziemskim padole, mam rower, który w niczym mnie już nie ogranicza...
Tylko czemu czasu tak mało??? :(