Dziś glównie szosa - i to dość szybko i daleko. Z rana - do robo i trochę po lesie - (oczywiście Sigma nie raczyła gadać) - później - po 2 godzinach - wycieczka do VOX-u, czyli 36 km. po ulicach, chodnikach i na szosie. Tempo było doskonałe - w zasadzie non stop powyżej 27 kmph.
Dobrym smaczkiem, była jazda za wywrotką - 45 kmph pod górkę - w stronę katedry. Niestety - później był korek i musiałem sam zmagać się z wiatrem.
Po powrocie byłem lekko zajechany.
Po robo było juz krócej niż zwykle bo wiatr zaczął wiać i pogoda zrobiła sie bez rewelacji.
Typowy program poranny i popołudniowy. Spierd... mi się j.... sigma, więc przebieg jest orientacyjny. Tempo było dobre, więc zakłądam, że średnia była taka jak zwykle.
Trochę to trwało nim otrząsnąłem się po maratonie :D
No dałem radę. Spragniony kilometrów pojechałem w nocy przez las w stronę Dziewiczej. Kurde... mrożąca krew w żyłach podróż. :D Ale było nieźle. Wróciłem cały i zdrowy - jak zwykle dzięki Bocialarce :)))
No ale nóżki nieco bolały... Dobrze się za to spało.
Ponad tygodniowy wyjazd bez roweru nie przysporzył mi szczególnej paki w nogach - chociaż nosząc Martynę na plecach zostawiłem gdzieś w Alpach kilo sadła :))
Wycieczka miała być raczej odstresowująca - przed jutrzejszymi zabawami w remont - a mimo to udało się nieco pocisnąć asfaltowo - leśnych podjazdów. Nie mam pojęcia jak Sigma zlicza te przewyższenia - ale dałbym głowę, że było tych górek znacznie więcej :/
Tak czy inaczej - teraz codziennie będzie trzeba cisnąć te 50 kilo, żeby nadrobić stracony czas. Nawet jeśli to niemożliwe...
Rześki poranek zachęcał do jazdy. Przed robo zrobiłem 20 km - tradycyjną - z grubsza - trasą. Po pracy - zaliczyłem jez. Swarzędzkie - w ramach tzw. pokuty za haniebny kilometraż w tym sezonie. Jechało się świetnie - tylko brak bidonu mi nieco doskwierał. Koniec końców wróciłem w niezłym stanie mimo katowania kilku podjazdów... Z drugiej strony...co to za podjazdy... :D
Zdegustowany wszawą pogodą w ostatnim czasie - na sam widok słońca rano wystrzeliłem od mechanika - prosto w kierunku dziewiczej - gdzie grzęzłem w błocie i taplałem się w wielkich kałużach po ostatnim deszczu.
Dziewicza zdobyłem - tak jak zawsze - z zadyszką. Zabrakło mi paliwa :(
Osłabienie przeziębieniem dało o sobie znac - droga powrotna była mniej żwawa niż zwykle - ale w granicach przyzwoitości...
Tak czy inaczej - wróciłem nieźle zmęczony. Błoto jednak dało mi radę :/
Katuję siebie oraz KTM Hardbone`a po górkach i wszelkich hopkach - z nastawieniem na XC - chociaż zawsze lubiłem dobrze poskakać i pośmigać wąskimi, krętymi i szybkimi ścieżkami.
Paradoksalnie - dopiero teraz, 31 wiosen na ziemskim padole, mam rower, który w niczym mnie już nie ogranicza...
Tylko czemu czasu tak mało??? :(