Standardzik. Rano szło koszmarnie słabo, ale popołudniu nózka już podawała - i udało się odciągnąć zapieczony tłoczek w przednim heblu :/ Rower przestał hamować nieproszony i nagle się okazało że jazda znów jest przyjemna :))
Mimo płaskiego terenu, nie był to łatwy maraton. Nie dałem rady pojechać GIGA, a i MEGA skończyłem z nie małym wysiłkiem.
Pokonał mnie silny wiatr, niedobór weglowodanów i odwodnienie... ostatnie 12 km. jechałem bez paliwa - i nie było to fajne :/ Finisz odczułem dotkliwie w trójgłowym.
Błoto było niemiłosierne - ale zabawa przednia - oprócz płaskich asfaltów, gdzie wiatr tak niepierdzielał, ze prawie spadałem z roweru. Poza tym - świetnie. Tylko muszę teraz wyszukac jakieś dobre foty, których robiono na morgi...
GIGA musi jeszcze poczekać. Zdecydowanie nie byłem gotów na 92 km. :/
Koniec baśni. Przejechałem 600 km żeby 4x wsiąść na rower.
Szkoda.
Ostatni przejazd - znów za Kvacany - tym razem szybciej, pewniej i do końca szlaku.
Podczas zjazdu teatralny dzwon w wyniku utraty panowania na zakręcie :) po poszukiwaniach okularów pomknąłem dalej z błotem w zębach. Ależ było zajebiście... I krótko :/
Ta krótka traska , miała prawie 300m przewyższenia na przestrzeni 6 km. Niezły dramat :)
Słowackie Niżne Tatry to cud natury. Muszę tam wrócić z znów z rowerem. Na dłużej. I porobić zdjęcia z tras...
Piękna trasa i super podjazd, kóry wewalił mnie na ręby. Było jednak warto. W trakcie zjazdu prawie przestawiłem jakiegoś niekumatego kluskojada, ale wróciłem pełen mocnych wrażeń. Oczywiście - jak zwykle - czasu za mało.
Podróż z rodziną w góry - w towarzystwe roweru, jest jak lizanie kostki cukru, mając czekoladę w kieszeni... Nigdy nie wiesz co lepsze... Albo wiesz - ale boisz się przyznać :/
Było późno, więc za dużo nie objechałem. Zaliczyłem za to grzbiet ponad doliną Czarnej Mary wspinając się czymś , co nie było wcale drogą - jak przypuszczałem - tylko śladem po terenówce... (pionowy podjazd...) Pastwiska, ślepe dróżki do posesji - no wesoło było - ale i mocnych zjazdów nie zabrakło...
Po całym dniu w aucie - niewyspany - nie dałem rady poważnie pojeździć - ale obleciałem Węglówkę dookoła dla poczucia "smaku" ;)
Cudne rynny z błota i kamieni solidnie mnie wytrząsnęły - ale wrażenia nie zapomniane... podobnie jak litry potu wylane na podjazdach, na pograniczu zawału serca :/
Katuję siebie oraz KTM Hardbone`a po górkach i wszelkich hopkach - z nastawieniem na XC - chociaż zawsze lubiłem dobrze poskakać i pośmigać wąskimi, krętymi i szybkimi ścieżkami.
Paradoksalnie - dopiero teraz, 31 wiosen na ziemskim padole, mam rower, który w niczym mnie już nie ogranicza...
Tylko czemu czasu tak mało??? :(