Było kosmicznie gorąco - a ja mocno niedospany... o 0.4o skończyłem jedną wycieczkę, a o 6.45 zacząłem kolejną.
Po powrocie - byłem totalnie odwodniony i zajechany. Pociłem się jak mops. Ale tempo było zaskakujące. Nawet przy tym ciężkim powietrzu nogi dały radę. :)
Czasu było - jak zwykle mało. Chciałem odreagować odwołanie niedzielnego tripu - stąd zapuściłem się co sił w stronę Dziewiczej. Tym razem, w 45 minut dojechałem do ostatniego podjazdu przed Kicinem , gdzie zawróciłem i pocisnąłem tą samą drogą do domu.
Tempo było świetne, ale przeziębienie i kaszel dał mi w kość jak wróciłem...
No i - zebrałem plony własnej głupoty... WD-40 na goleniach, zeżarł mi uszczelkę amora.. Będzie to dość kosztowny eksperyment... Choć nie aż tak bardzo jak się spodziewałem... (na szczęście).
Nic dziś nie udało się zgodnie z planem. Zapomniałem zapięcia, nie wziąłem bidonu i do tego kosmicznie spóźniłem się do roboty - i to bynajmniej nie przez bujankę na rowerze. No trudno.
Popołudniu było gorąco - ale zrobiłem karnie 30 km i wróciłem wyschnięty na wiór (mimo tankowania na malcie...)
Szcześliwie jest "mana" w nodze i średnie prędkości nie przyprawiają o smutek :D
Głupotą jest wiara w to, że można nadrobić stracony czas. Ale nic innego nie pozostaje, kiedy w środku sezonu, w czerwcu ma się przejechane 200 km. Żenada. Pogoda zniweczyła moje wysiłki - ale kondycja nie zanika.
Przed pracą było miło - 22 km ze średnią 25.5 - po pracy - petarda w nodze i pełna dyspozycja - podjazdy bez litości - powyżej 27 kmph - i takaż średnia
Świetnie było. Dobrze wiedzieć, że kondycja nie poszła do lasu :)
Miała być poranna jazda w błocie - z Jakubem - ale z okazji rodzinnych spotkań przełożyliśmy trip na popołudnie.
Koniec końców pocisnąłem sam.
Koszmarnie długa przerwa dała się we znaki - choć noga podawała - pompka wyraźnie nie nadążała za równym i dość szybkim tempem nadawanym przez głowę :D
Ogólnie podjazdy szły gładko i do zielonki doleciałem szybko i bez bólu - mimo błota i wszechobecnej wody po ulewach z ostatnich dni. Las był mokry i grzązki, toteż wespół z ograniczeniem czasowym - nie dałem rady pocisnąć za wiele - mimo chęci.
Po powrocie czułem nieco nogi - ale ogólnie nie było tak strasznie... CO nie zmienia faktu, że takie przestoje to marnotrawstwo wypracowanej formy. Czas ratować to co pozostało :)
Koniec jojczenia... błoto to nie przeszkoda w treningu.
Z okazji obowiązków rodzinnych i kitrającej się pogody - musiałem skrócić trip.
Tak na prawdę to miałem lekkie napady lekowe. Najpierw dwa razy minąłem się z samochodem na grubość lakieru (raz z darciem ryja oczywiście) - a na koniec minąłem się na pełnej wiksie z jakimś koluniem - dirtowcem, który bez hebli, zobaczył mnie jak przecinam mu drogę - kiedy akurat był w powietrzu - pokonując hopkę. Spociłem się nieco, zatarłem hama, pochyliłem głowę i czekałem na dzwona. Wyliczyłem, ze trafię go w tylne koło - ale los był dla niego łaskawy. Dostał w biodro moją klamką i poleciał w zarośla. Kołem nawet go nie tknąłem... Pojechałem dalej niewzruszony.
Obserwująca to panienka chyba zasrała się w majty bo musiało to wyglądać co najmniej efektownie :)
Postanowiłem nie kusić dalej losu w obliczu tych dziwnych zbiegów okoliczności - i powlokłem się do domu...
Noga znów nieźle podawała, więc prócz "programu standardowego" pocisnąłem po pracy parę kilo za Maltą.
A jak szybko było - wystarczy spojrzeć na średnią. Gdybym miał tyle czasu na treningi co te "cyborgi z bożej łaski" - rozwalił bym ich jak uczniaków :D
Ale nie mam - więc nadal jestem tylko szybkim kapeluchem (ew. turystą) :D
Ależ noga podawała... Rano śmigałem jak pocisk, ciesząc się ciepłym - ale rześkim, porannym powietrzem. Po pracy - mimo ograniczeń czasowych - tradycyjna trasa - ale w tempie doskonałym. Jest"Mana", noga podaje, rower jak zawsze niezawodny. To daje chęć do życia :)))
Katuję siebie oraz KTM Hardbone`a po górkach i wszelkich hopkach - z nastawieniem na XC - chociaż zawsze lubiłem dobrze poskakać i pośmigać wąskimi, krętymi i szybkimi ścieżkami.
Paradoksalnie - dopiero teraz, 31 wiosen na ziemskim padole, mam rower, który w niczym mnie już nie ogranicza...
Tylko czemu czasu tak mało??? :(