Rano szło mozolnie. koszmar. Dopiero w lesie ożyłem i pohulałem chwilkę po ścieżkach na Marcelinie.
Popołudniu było dużo lepiej - nawet plecak wydawał się nie przeszkadzać - niestety, jak zwykle ograniczony czas zmusił mnie do powrotu. Niemniej jeździło się całkiem nieźle - i tempo było już bardziej godne niż z rana
Klasyczna wyprawa do WPN. Mimo zmęczenia po wczorajszym, wieczornym katowaniu nóg, średnia była godna a szosowe podjazdy poszły gładko.
Nowością było dkrotne pokonanie jebczego asfaltu przed Mosiną. CO ciekawe - drugi raz poszedł szybciej i mniej boleśnie niż pierwszy... - Może to dlatego, że byli kibice <lol>
No i jest nowa ścieżka przy zbiornikach retencyjnych - wprost do szybkiego singla. Piękna sprawa. Wartościowe odkrycie.
W sumie zrobiłem dziś ponad 70 km - ale reszta to z rodzinką, więc trudno to notować jako trening.
Wieczorny przejazd szutrówką na zapleczu Malty, później interwał szosowy i 10, czy tam 12 podjazdów przy wiadukcie. Pompa na podjazdach dała rade jak nigdy.
Dobra średnia, noga podawała - ale obowiązki wzywały, więc po obowiązkowym dystansie, zlądowałem w domu i wykonałem inne, wieczorne zadania ;)
Z rana - Marcelin przed pracą - ale krócej niż wczoraj, a po pracy - dębina, starołęka i Malta.
Na dębcu walnął zbiornik z chlorem, więc wolałem tam się nie szwędać...
Nad Maltą znów mięśnie błagały o "rozładowanie napięcia". 38kmph na podjeździe i tyle samo na prostej :D Gdyby nie autosugestia, że złapałem kapeć, kto wie czy bym jeszcze kilka kilo nie nakręcił..
Upał, upał, upał. I do tego znów mało czasu. Udało się ledwie wyrwać i nakręcić marne 30 km. ale za to w godnym tempie, bez zadyszki :)
Jutro będzie pokuta. Pozatym - musiałem delikatnie rozjeździć podejrzanie mocno zmęczone nogi. Ciekawe, ile nadprogramowo km robię, kulając się leniwie z rodzinką albo bujając się po mieście Myszy cruiserem ..?
Anyway - przedwczorajsze dachowanie zaznaczyło się w sinych barwach na nodze :)) Do tego, podrapane mam całe ramię. NIe wiem co to było za zielsko , ale swędzi jak cholera...
Mimo pożądnej diety nadal byłem jakiś wymechłany więc rano jechałem jakoś lajtowo. Prawie jak zdechlak - chociaż czas przejazdu niby był w normie (???)
Powrót był lepszy - bo nogi juz lepiej działały - ale za to cholernie się rozpadało. Zmokłem jak kura. Przynajmniej pojawił sie powód do gruntownego przeglądu napędu i piast. Podmieniłem też oponę z tyłu. Wreszcie znów jest poprawnie założona :lol:
Katuję siebie oraz KTM Hardbone`a po górkach i wszelkich hopkach - z nastawieniem na XC - chociaż zawsze lubiłem dobrze poskakać i pośmigać wąskimi, krętymi i szybkimi ścieżkami.
Paradoksalnie - dopiero teraz, 31 wiosen na ziemskim padole, mam rower, który w niczym mnie już nie ogranicza...
Tylko czemu czasu tak mało??? :(