Z rana noga podawała aż miło - ale licznik nie działał (jak zwykle, rzekłbym). Popołudniu - nogi zadziwiły mnie jeszcze bardziej - i co ciekawe - zadziałał też licznik. (widać nie lubi zimna) Słowem - było szybko - ale z okazji licznych planów i obowiązków - pocisnąłem grzecznie do domu zamiast skatować nogi jak Pan Bóg Przykazał...
Co za trasa. Ubaw jak za dawnych lat. Hopki, rynny, kręte single. Duża niespodzianka, trzeba przyznać. Było szybko i bardzo "brudno" - ale walczyłem ostro - nie udało mi sie jednak wyciąć KTM-a z numerem 580. Jechaliśmy idealnie w tym samym tempie - mimo ze parę razy atakowałem. Nie ma jeszcze wyników - ale na pewno wybroniłem się przed dublem co już jest dużym sukcesem :))
Sigma przechodzi samą siebie. Pierwsze 7 km działała - ale na dębinie jej się odwidziało czym nieziemsko nie wk..wiła...
Przed robo - typowo - przez Marcelin - wyszło jakieś 21 km. Po robo - poleciałem na dębinę i Maltę , gdzie pojeździłem szutrówkami nieco. Nazbierało się trochę km - i noga podawała pięknie. Co ciekawe - popołudniu - licznik już gadał po ludzku (po pewnym czasie)
Jako, ze zbuntowana Sigma zawiodła, poleciałem typowy program "dom-praca-dom" , żeby mieć gwarancję przebiegu i nie zastanawiać się ileż to przejechałem... Tempo było ok - i myślę że zapis jest wiarygodny.
Typowy program poranny i popołudniowy. Spierd... mi się j.... sigma, więc przebieg jest orientacyjny. Tempo było dobre, więc zakłądam, że średnia była taka jak zwykle.
Trochę to trwało nim otrząsnąłem się po maratonie :D
Karą za lenistwo i niesumienność w treningach jest ból i łzy topione w lepkim błocie. Prosty z pozoru maraton, na dystansie GIGA okazał się bolesnym doświadczeniem - dzięki wiatrowi smagającemu koszmarnie, we wsi Góra, oraz skurczom, jakie pojawiły się już na 50 kilometrze. Koszmarnie dziwne - nigdy wcześniej nie miałem skurczy trójgłowego - podczas gdy łydki miały się świetnie...
Płynów miałem pod dostatkiem , zażerałem się bananami i batonami - a mimo to brakowało sił na prostych - gdzie samotnie katowałem się pod wiatr wrzeszcząc z bólu i przeklinając zdradzieckie mięśnie.
Koniec końców - przyjechałem pół godziny po zamierzonym czasie (4:49) - co jednak - w obliczu tak koszmarnych przejść - i tak jest swoistym sukcesem.
Nie pozostaje nic innego jak popracować nad wytrzymałością, bo drugi raz podobny przypadek będzie porażką doszczętną :/
NO i do tego cholerna sigma, gubiąca co chwile sygnał.. no normalnie koszmar jakiś.
Katuję siebie oraz KTM Hardbone`a po górkach i wszelkich hopkach - z nastawieniem na XC - chociaż zawsze lubiłem dobrze poskakać i pośmigać wąskimi, krętymi i szybkimi ścieżkami.
Paradoksalnie - dopiero teraz, 31 wiosen na ziemskim padole, mam rower, który w niczym mnie już nie ogranicza...
Tylko czemu czasu tak mało??? :(