Upał koszmarny. I do tego wiatr - tym razem chłodnawy, ale skutecznie osuszał pot ze skóry i nie było najprzyjemniej :/
Poleciałem trasę w oba kierunki i nie wyszło wprawdzie 50 km. ale mimo "dotankowania" na Malcie, byłem wypompowany jak smok... Jutrzejszy dzień będzie deszczowy, więc dam mięśniom nieco odpocząć... :)
Upał jak diabli, ale para w nogach pozostała. Dzięki Camelbakowi, mogłem sporo pojeździć przed pracą i po - oczywiście tradycyjną trasą :)
Wiatr nie chłodził tylko parzył, ale mimo to jeździło się doskonale. Tylko łańcuch coś niedomaga ze smarowaniem. Przy takim suchym powietrzu, smar paruje jak woda :/
Przejazd po Centrum był nawet ciekawy - ale rozgrzany asfalt nie pozwalał się zatrzymywać, żeby nie usmażyć się od "miejskich wyziewów".
Pozałatwiane sprawy związane z wakacjami, potem Dębina, Martyśki okulary w Shimano - ale i tak nie dobiłem do 50 km :(
Po powrocie byłem wyschnięty na wiór - tym bardziej, że niepodziewanie skończyło mi się "paliwo" i ostatnie 3 km. pokonywałem "na sucho"...
Wieczorny trip po rozgrzanym przez upalny dzień, mieście...
Ezoteryczny Poznań. Nie inaczej. Przejażdżka w dobrym tempie... Trudno było się oprzeć metafizyce miasta nocą... Trzeba to robić częściej. To lepsze niż joint :D
Tempo bez rewelacji - z rana tylko szosa z powodu deszczu (15 kilo) a popołudniu - cytadela i runda w lasach maltańskich. Czuć w nogach trudniejszą trasę. Chyba czas powrócić do treningów w cięższym terenie...
Nowy łańcuch i reszta klamotów przepełniają serce radością.
Zdołałem uratować pierwszy dzień lipca, wyruszając na test-drive nowego napędu. Cudnie. Wszystko działa bez żadnych regulacji. 16 kilo w szybkim tempie po alejach i chodnikach w wieczornym chłodzie... Ezoteryczne klimaty miasta nocą i zachwyt nad blaskiem nowego łańcucha, kasety i koronki...
Aż serce rośnie :)
Kocham mój rower. Jest moim najlepszym i jedynym, prawdziwym przyjacielem :) Po prostu wsiadam i jadę. Nie dzieje sie nic. Mój piękny, szary, solidny, austriacki czołg :D
Mogę na niego liczyć. I nie wstydzę się tego, że jestem cyklofilem <lol>
Z rana lekko osłabiony, dałem rade nakręcić 23 km w całkiem niezłym tempie. Popołudnie zapowiadało się świetnie. Wyruszyłem z kopyta jak kuna. na cytadeli śmignąłem na kilku podjazdach i pomknąłem na Maltę.
niestety - tam spotkał mnie mały ZONG w postaci zerwania łańcucha. Jednak szybkie wykrycie defektu, pozwoliło dojechać do domu, w trybie "zwolnionego peddzia" a nie na hulajnodze :)
Gówno wielkie. 4130 km i łańcuch się poddał. Koronka i kaseta też idą na szmelc, chociaż ta ostatnia nie jest aż tak sfatygowana...
Piękny dzień do jazdy. Z camelbakiem mógłbym kulać sie jeszcze długo - ale jak to zwykle bywa, trzeba było wracać "do bazy" Trochę szkoda, bo sił w nogach jeszcze sporo zostało :) Mimo zasmarkania, wydolność jest jak należy :))
Choróbsko okazało się mniej groźne niż sądziłem. Kondycja pozostała bez zarzutu. Szybka przejażdżka inicjacyjna udała się świetnie. Było szybko po nadmaltańskich szutrówkach. Znalazłem też kilka nowych ścieżek - na prawdę świetnych na codzienne tripy - z piaszczystymi podjazdami i wąskimi, leśnymi ścieżynkami :)) A pomyślałbym, ze znam Maltę od lat... :) ... No i łańcuch się kończy of coz. bardzo się kończy :|
Katuję siebie oraz KTM Hardbone`a po górkach i wszelkich hopkach - z nastawieniem na XC - chociaż zawsze lubiłem dobrze poskakać i pośmigać wąskimi, krętymi i szybkimi ścieżkami.
Paradoksalnie - dopiero teraz, 31 wiosen na ziemskim padole, mam rower, który w niczym mnie już nie ogranicza...
Tylko czemu czasu tak mało??? :(