Było chłodno - ale prawdziwa przeszkodą był całkowity brak pary w nogach. Dlaczego? Pojęcia nie mam. Zaczynam wątpić czy jest sens startować w niedzielę. To będzie rzeźnia aż przykro... Ale ambicja cierpi niemiłosiernie.
Cholerna pogoda. dziadowaty deszcz zmusił mnie do powrotu ledwie zdąrzłem złapać optymalne obroty. Skończyło się przejażdżką. Po powrocie z miejsca oczywiście przestało padać - ale nie miałem czasu na kolejne wyjście :/
Dziś było nieźle. POpołudniu nogi się spisały - wróciłęm bez uczucia skrajnego wycieńczenia. Było nieźle. Chociaż głównie po flacie - ale i tak jest pewien progres.
Może uda się uniknąć wstydu na cytadeli? Nie no - nie można mieć złudzeń :D Ale pentelka wygląda nieźle... :)
Super aura - i dużo lepsza kondycja - choć rano się na to nie zapowiadało. Tak czy inaczej - czasu było za mało żeby coś więcej nakręcić - ale co nieco udało się nakulać.
Niestety, okazuje się, że pomiar wysokości koło budynków i z odbiornikiem w plecaku - zawiera dziwne błędy - stąd wyolbrzymiony pierwszy i ostatni podjazd... Na szczęście przebieg trasy jest bez zarzutu :)
Tym samym - prezentuję moją "najkrótszą" drogę z/do pracy ;)
Piękna pogoda - ale na tym koniec zachwytów. Początki były obiecujące - ale chyba GPS ważył za dużo... Do domu wracałem ostatkiem sił. A to ledwie 34 km.
Nowością jest profil pionowy trasy: (OziExplorer to naprawdę przyjemny toolik)
Były grubsze podjazdy, ale ogólnie trzeba sobie jasno powiedzieć - forma wraca w depresyjnym tempie :| Trasa rozwlekła - ale turystyczna ogólnie... Mile zaskoczyła oponka Kendy (BlueGroove) - na stromych, luźnych podjadach ledwie uskakiwała. Duże zaskoczenie... Pozytywne. Podobieństwo do MAxxisa jej służy jak widać)
Jutro - rowerkiem do pracy. Trzeba łapać kondychę. Każdy km na wagę złota...
MIało być szosowo i wydolnościowo - ale lekki wiatr i "pełne zatoki" dały znać o osbie. Pokulałem się po asfaltach i zrobiłem kilka podjazdów.
Rower jest gotów na Thule - ze mna nieco gorzej. Czasu coraz mniej no i ta pogoda... Oby teraz była już ok. Plan jest prosty: codziennie od 30 do 40 km. Przymusowo. :) Auto zostaje w rękach Dziuni, która będzie nim wozić resztę rodziny :)
No jak na 30-letniego stetryczałego i rozleniwionego zimą dziadka - to tempo było godne. pierwszy mocniejszy rozruch przy sensownych temperaturach. Było doskonale, choć pompa ledwie dawała radę - na początku. Potem już był trans W sumie to kończyłem z uczuciem, że mięśnie mają w sam raz...
A... no i wreszcie tarcze nie tarły. Opłaciło się nieco pogrzebać...
Do pierwszego Thule - co raz mniej czasu... Wielkanoc koniecznie z rowerem!
Takie tam... zimowe męczenie buły prawie zawalu dostałem. coś ciężko na tych nowych oponach się jechało... Kenda Blue Dragon - no niby dobrze się toczą, ale czułem się jakbym zastęp żółwi musiał holować :/
Pana zreperowana, nery wygojone, katar zgrubsza zażegnany. Kupiłem też nową opone w miejsce sfatygowanej po 5.5oo km Schwalbe Fat Albert. DObrze służyła - ale mam jużdość łatania dentki...
Nowa opona nie błysnęła niczym szczególnym - w sumie to oszpeciłem sobie nią nieco rower - ale to w końcu i tak rozwiązanie tymczasowe.
Dziś jeździło się ogólnie raczej ciężko. Podjazdy męczyły jak diabli. Odwilż, błoto, średnio fajnie - ale musiałem przepalić nieco tłuszcz skumulowany na tyłku :D
Mimo lodu na wielu odcinkach - obyło się bez incydentów...
Katuję siebie oraz KTM Hardbone`a po górkach i wszelkich hopkach - z nastawieniem na XC - chociaż zawsze lubiłem dobrze poskakać i pośmigać wąskimi, krętymi i szybkimi ścieżkami.
Paradoksalnie - dopiero teraz, 31 wiosen na ziemskim padole, mam rower, który w niczym mnie już nie ogranicza...
Tylko czemu czasu tak mało??? :(